Close the door, throw the key...

środa, 6 marca 2013

Rozdział 72

<OCZAMI LIAMA>
Siedziałem skulony na dywanie i ledwo udawało mi się powstrzymać łzy. Pamiętam tylko, jak przez mgłę te dwa, straszne słowa... Gorszych nie mogłem usłyszeć. Pamiętam tylko, jak upadłem, gdy nogi się pode mną ugięły. Pamiętam tylko tą pierwszą słoną łzę... Tak, to była łza rozpaczy i złości. Na samego siebie. Dlaczego nic nie robię?! Dlaczego mu nie pomagam?! Dlaczego nie mogę wstać i jechać do niego?! Teraz! To jest ostatnia szansa... Ostatnia szansa na to, żeby uścisnąć mu rękę, żeby usłyszeć jego głos, żeby pogładzić go po jak zawsze nieogolonym policzku, powiedzieć mu, jak bardzo go kocham, że nie będę mógł bez niego żyć, jak mnie to wszystko przytłacza! Ale to byłoby najgłupsze rozwiązanie: użalanie się nad sobą, gdy naprzeciwko ciebie leży najważniejsza osoba w twoim życiu i dodaje ci otuchy swoim zachrypniętym, zniekształconym chorobą głosem, kładąc ci na ramieniu swoją słabą dłoń. Nie chcę przeżywać tego drugi raz! Pod żadnym pozorem. Jasne, byłem nastawiony na to, że kiedyś go zabraknie, ale dlaczego właśnie TERAZ? Jest jeszcze za wcześnie! W uszach jeszcze raz zabrzęczały mi słowa Cornelii. "On umiera..." Przecież on nie może umrzeć!
Z telefonu, który leżał na podłodze ze trzy metry ode mnie, nadal słychać było cichy głos kobiety. Sięgnąłem po niego i z niechęcią przyłożyłem do ucha.
- Liam... Liam??? Halo? Jesteś tam? Liaaaaaaaaaam... Hej... Liam...- wołała.
- Jestem- mruknąłem słabo.
- To dobrze- odetchnęła z ulgą.
- Powiesz mi, co się z nim konkretnie dzieje?- poprosiłem- I jak można mu pomóc?
- Liam... On ma poważny problem z nerkami. ŻADNA nie funkcjonuje tak, jak powinna- odparła- Pomóc może mu tylko przeszczep. Lekarze szukają dawcy, ale żadna nie pasuje. Ma bardzo rzadką grupę krwi... Ja... Zrobiłam już badania, czekam teraz na wyniki.
Chwila niezręczniej ciszy... Cóż... Ani ja, ani ona zapewne nie była w nastroju na dalszy ciąg tej konwersacji, więc obiecałem, że postaram się przyjechać jak najszybciej i po prostu się rozłączyłem. Walnąłem telefon na łóżko, a sam po chwili położyłem się obok niego. Tej nocy nawet oka nie zmrużyłem. Nie mogłem... Próbowałem, ale to było zbyt trudne...

<OCZAMI RENESME>
Rano obudziłam się z niezłym bólem głowy. Obok mnie na łóżku leżała Zoe, w co nie wnikam, bo zapewne jest dokładnie tak samo zmasakrowana jak ja. Postanowiłam ją więc pozostawić tam, gdzie leżała, a sama popatatajałam do łazienki, gdzie się umyłam, uczesałam i ubrałam + doprowadziłam moją twarz do pozornego porządku.
Schodząc na dół z pięć razy potknęłam się o własne nogi i miałam jedno dość bliskie spotkanie z naszymi panelami (stwierdzam, że przydałoby się je umyć). W kuchni zastałam Harry'ego, który wcale nie wyglądał lepiej niż ja. Właściwie wręcz przeciwnie. Pochłaniał sok pomidorowy prosto z kartonu, jakby od tego zależało jego życie... W sumie coś w tym jest. Zauważył mnie jednak dopiero, gdy wyrwałam mu zbawienny napój.
- EJ!- zawył i tupnął nogą jak mała dziewczynka.
- Możesz nie drzeć tak tej gęby, pacanie?- do kuchni wparował Lou, trzymając się z całej siły za głowę. Bałam się, że za chwilę ją zmiażdży, co w sumie wyszłoby mu na dobre, bo by go nie bolała... A poza tym... Za wiele to on w niej nie ma, więc nikt by nie płakał. Jednak, kiedy podzieliłam się z nim tą opinią, od razu tego pożałowałam, ponieważ, jak się okazało, nie przyjął jej tak entuzjastycznie. Na szczęście nie miał siły mnie gonić i stanęło na tym, że rozłożył się plackiem na podłodze i chyba zrobił sobie króciutką, poranną drzemkę.
Następny w kuchni pojawił się oczywiście Zayn.
- Kacyk was złapał, biedaczki?- zapytał, cmokając.
Wytknęłam mu język i przytuliłam się do przepysznego soczku, dając mu tym samym do zrozumienia, że nie dostanie ani kropelki. Nietrudno wyobrazić sobie, iż strzelił focha i ruszył na górę.
- Lou, gdzie Eleanor?- spytałam.
- Czemu ja mam to wiedzieć?!- zbulwersował się i zaczął wymachiwać marchewką na wszystkie strony tak, że prawie wybił mi oko. Swoją drogą... Byłoby to dość ciekawe zdanie w jego CV kryminalnym: "Wbił przyjaciółce marchew do oka, pozbawiając ją tym samym narządu".
- Temu, że to właśnie ty zniknąłeś z nią wczoraj i z tego, co się orientuję spała w TWOIM pokoju- odparł Harry z głupawym uśmieszkiem.
- No to skoro spała w moim pokoju, to pewnie tam jest. Ja się obudziłem u Niall'a- skomentował, gasząc tym samym nasz zapał.
Po około dwudziestu minutach siedzieliśmy prawie wszyscy przy stole i konsumowaliśmy zdechłą, wczorajszą pizzę. No, ale tak to już jest, jak się jest tak leniwym, że za zbyt duży wysiłek uważa się posmarowanie kromki chleba Nutellą.
- Widział ktoś Liama?- zauważyłam jego brak dopiero wówczas, gdy nikt nie dał reprymendy Hazzie, gdy ten trzepał grzywą po jedzeniu wszystkich zgromadzonych.
Każdy pokręcił głową, a ja nie czekając na nic więcej, poleciałam do jego pokoju. Zapukałam i weszłam. Nie potrzebowałam jego zgody. Tak, naruszam jego prywatność. Tak, jest mi z tym dobrze. Tak, nie obchodzi mnie, że jemu może to przeszkadzać. Tak, wiem... Co ze mnie za siostra?!
- Cześć, stary- przywitałam go jeszcze przed tym, gdy zobaczyłam, jak leży z głową pod poduszką na łóżku i... Chyba płakał.
Podeszłam do niego powoli i położyłam mu dłoń na plecach. Wydaje mi się, iż dopiero w tamtym momencie dostrzegł moją obecność, bo delikatnie się poruszył.
- Co się stało?- westchnęłam.
- Nic- mruknął- Zostaw mnie samego, co?
- Chodź na śniadanie- poprosiłam- Gdyby nic się nie stało, już byś tam był. Co jest? Przecież doskonale wiesz, że mnie możesz powiedzieć o WSZYSTKIM...
- Wiem- przerwał mi- Załatwisz mi bilet do Wolverhampton? Na dzisiaj?
- Tak, ale po co ci bilet? Wyjeżdżasz?- zdziwiłam się- Ja wiem, że Zoe krzywdzi cię, spędzając tyle czasu z Zaynem, ale...
- Co wy do jasnej cholery macie z tą Zoe? Ona nie jest pępkiem świata! Dlaczego, kiedy coś się dzieje, wychodzicie z założenia, że od razu chodzi o Zoe? Ja mam ją naprawdę w dupie. I wisi mi, czy ona tutaj będzie, czy jej nie będzie! Czy będzie się miziała z Zaynem, czy z jakimś menelem z pod mostu! Naprawdę, zrozumcie, że mam to gdzieś!!!- wrzasnął- Moje życie się rozpada, mój ojciec umiera, a wy tylko o tej pieprzonej dziewczynie!
- Liam...- szepnęłam, gdy zdenerwowany opadł z powrotem na swoje łóżko- Cii... Będzie dobrze...
Przytuliłam się do niego.
- Nie będzie, k***a, dobrze!!! ON UMIERA... Za parę tygodni już go nie będzie, więc jak ma  być dobrze?
- Ja ci przecież pomogę... Chłopcy ci pomogą... Razem poradzimy sobie przecież ze wszystkim- odparłam- Tylko powiedz nam, co trzeba zrobić.
- Uratować go może tylko przeszczep nerki, Rose- wyjaśnił- Ja niczego nie mogę zrobić, sama dobrze wiesz...
- Ale my możemy- uśmiechnęłam się blado, ale jednak starałam się być w miarę przekonująca.
Myślę, że mi się to udało, bo chłopak podniósł się ociężale z miejsca, poprawił nieco zmierzwione włosy i nakazał mi, abym załatwiła szybko 6 biletów do naszego rodzinnego miasta.
- 6? A co z Zoe?- zapytałam.
- Jej ta sprawa nie dotyczy- burknął i zniknął za drzwiami łazienki.
Ja stwierdziłam, że pasowałoby wypełnić jego prośbę. Nie wróciłam już na dół, bo doszłam do wniosku, iż najadłam się wystarczająco. Wzięłam laptopa na kolana i zaczęłam szperać na stronie lotniska. Zarezerwowałam bilety na dzisiejsze popołudnie, po czym zwaliłam walizkę z szafy i powrzucałam do niej kilka rzeczy. Po jakichś dwudziestu minutach byłam w pełni spakowana i mogłam wystawić bagaż za drzwi.
Przeszłam się po pokojach moich współlokatorów, którzy w pocie czoła zamykali swoje wielgachne walizy (ta Louisa była z 5 razy większa od mojej, a o Zayna to już nie wspomnę). Widocznie Liam wszystko im wytłumaczył, bo ich miny mówiły same za siebie.
- Wezmę coś do picia- poinformowałam i zniosłam mój plecak podręczny.
Rzuciłam go gdzieś pod ścianę, a sama wsadziłam łeb do lodówki i zaczęłam szukać w niej jakiejś wody lub soku.
- Gdzie jedziemy?- usłyszałam za sobą żeński głos.
Odwróciłam się gwałtownie (tak, że jakaś papryka spadła mi na głowę z górnej półki) i ujrzałam Zoe.
- Eee...- zawahałam się- Bo... Ty... No... Tylko my jedziemy... Ty... Ty nie jedziesz...
- Aha... A dlaczego?- zainteresowała się.
______________________
Heloł!
Daaaaaaaaaaaawno nie było rozdziału, ale nie pozwalał mi na napisanie go brak weny.
Nadal jej nie mam, ale postanowiłam dokończyć rozpoczęty wcześniej "rozdział" i Wam go wstawić, choć jest chyba jednym z najgorszych :(
Przepraszam!
Chciałabym Wam powiedzieć, że ten blog KLIK jest aktywowany :D
To chyba tyle!!!
A!!! Dedykacja dla Kingi W., Jossie, AB, Werci, Zosi i wszystkich, którzy chcieliby dedykację -.-
Kocham Was <3
Kocia3ek